Przy kolejnej wizycie możesz słono zapłacić – i to nie tylko za siebie.
Wielu kierowców wciąż wierzy, że mandat z zagranicy można po prostu zignorować. W praktyce okazuje się, że to złudne poczucie bezpieczeństwa – bo zagraniczne służby mają narzędzia, które potrafią zamienić stary mandat w realny problem przy kolejnej podróży.
Powrót z zagranicznej podróży bez spotkania z policją wcale nie zamyka sprawy. Kilka tygodni później do skrzynki mogą trafić mandaty z innego kraju za przekroczenie prędkości, przejazd na czerwonym świetle albo jazdę buspasem – zarejestrowane przez fotoradar lub kamerę. Kierowcy pytają wtedy: czy naprawdę trzeba płacić taki mandat? A jeśli nie zapłacę – co mi grozi? Odpowiedź jest mniej komfortowa, niż się wydaje. Ryzyko realnie rośnie przy następnej wizycie w tym samym kraju.
Dlaczego mandaty z innego kraju w ogóle trafiają do Polski?
Od 2014 r. w Polsce działa Krajowy Punkt Kontaktowy (KPK), podobnie jak w innych państwach UE. Jego zadaniem jest szybka wymiana informacji o pojazdach i ich właścicielach – na podstawie danych z CEPiK. W praktyce oznacza to prostą rzecz: jeśli austriacki fotoradar złapie polskie auto w Wiedniu, tamtejsza policja może szybko ustalić właściciela i wysłać mandat prosto do Polski.
Skala jest ogromna. Tylko w 2024 r. zagraniczne służby pytały o polskie pojazdy ponad 3,2 mln razy. Najczęściej robiły to Niemcy, Austria, Czechy, Belgia i Włochy. Innymi słowy – miliony polskich kierowców mogły dostać pismo w sprawie wykroczenia.
Czy trzeba płacić mandaty z innego kraju?
Państwa UE bez problemu wymieniają dane właścicieli pojazdów, więc ustalenie adresu nie jest dziś żadną przeszkodą. Mandat może przyjść nawet po kilku tygodniach od zdarzenia. Jeśli kierowca zignoruje wezwanie, zagraniczne służby zwykle uznają go za winnego. Jednak wciąż nie ma jednego sprawnego, automatycznego systemu egzekucji mandatów w całej UE.
Teoretycznie sprawa może trafić do polskiego sądu, a potem do komornika – ale w praktyce to skomplikowane prawnie i bardzo czasochłonne. Efekt? Około 40 proc. zagranicznych mandatów pozostaje niewyegzekwowanych. Brzmi jak dobra wiadomość? Tylko pozornie.
Prawdziwe ryzyko – przy kolejnej wizycie za granicą
Niezapłacony mandat bardzo rzadko „znika”. Wielu kierowców odkrywa to dopiero przy następnym wyjeździe do państwa, z którego mandat zignorowali. Podczas rutynowej kontroli policja w wielu krajach sprawdza pojazd w bazach. Jeśli system pokaże zaległą grzywnę dla danego auta, sprawa wraca natychmiast. Funkcjonariusze mogą:
- zażądać zapłaty na miejscu
- pobrać kaucję zabezpieczającą
-w skrajnych przypadkach czasowo zatrzymać dokumenty pojazdu.
Problemy mogą pojawić się także na granicy. W Austrii czy we Włoszech służby czasem weryfikują pojazdy w systemach. Zaległość może oznaczać wezwanie do natychmiastowej zapłaty albo bardzo krótki termin na uregulowanie sprawy.
Krótko mówiąc: „stary mandat w szufladzie” może wrócić dokładnie w najmniej dogodnym momencie – podczas urlopu, tranzytu lub powrotu do domu. A w wielu krajach terminy przedawnienia są dłuższe niż polskie trzy lata.
Czechy – twarde podejście do zaległych mandatów
Czechy poszły dalej niż większość państw UE. Podczas kontroli policja może sprawdzić nie tylko dane auto, ale też właściciela pojazdu. Jeśli widnieje zaległy mandat, funkcjonariusze mogą żądać zapłaty od ręki – nawet jeśli dług nie dotyczy ani zatrzymanego auta, ani aktualnego kierowcy.
Szczególnie dotkliwe jest to dla aut leasingowych. Policja bierze pod uwagę wszystkie zaległości firmy leasingowej, nie tylko te związane z danym pojazdem czy kontrolowanym użytkownikiem samochodu. Jeśli mandat nie zostanie opłacony na miejscu, funkcjonariusze mogą:
- zatrzymać dowód rejestracyjny
- zdjąć tablice
- uniemożliwić dalszą jazdę.
W praktyce oznacza to, że kierowca może zostać „uziemiony” na drodze – nawet jeśli sam nie popełnił wykroczenia.
Mandat z innego kraju – czy UE w końcu zmusi wszystkich do płacenia?
Nowy unijny mechanizm ma działać prosto: kraj, w którym doszło do wykroczenia, będzie mógł poprosić państwo zamieszkania kierowcy o ściągnięcie kary. Dotyczyć to ma mandatów powyżej 70 euro, a służby będą miały 11 miesięcy od daty zdarzenia na uruchomienie procedury. Cel jest jeden – skończyć z masowym ignorowaniem zagranicznych grzywien. Problem w tym, że mimo zapowiedzi Brukseli system wciąż nie działa w pełni, bo brakuje kompletnych przepisów wykonawczych.
Autor: OTOMOTO.PL